zhp.pl

Start Wędrownictwo Obozy wędrowne Obóz wędrowny do Norwegii – 330. WDW „Quantum satis”

Obóz wędrowny do Norwegii – 330. WDW „Quantum satis”

UDOSTĘPNIJ
, / 323
Obóz wędrowny do Norwegii – 330. WDW „Quantum satis”

330. Warszawska Drużyna Wędrownicza „Quantum satis”

Pomysł: Dlaczego zdecydowaliśmy się pojechać właśnie do Norwegii? Dotąd nasze podróże wiodły nas na wschód. Okazało się, jednak, że lwia część z nas od dłuższego czasu marzyła o wyprawie do Skandynawii. Stwierdziliśmy, że jeśli wbrew obiegowej opinii da się to zrobić tanio, to nie ma problemu.

Kiedy: w pociąg do Gdańska, skąd łapaliśmy samolot, odjechał kilka minut po północy 9 sierpnia 2017 roku. Nasz powrotny pociąg ze Szczecina przyjechał do Warszawy kilkanaście minut przed północą 22 sierpnia. Nasz obóz trwał więc niemal dokładnie 14 dób.

Przygotowanie: Zgodnie z wypracowaną przez nas przez lata metodą, podzieliliśmy się na cztery grupy odpowiedzialne za różne obszary przygotowania obozu. Grupa przewodnicka miała za zadanie przygotować trasę naszej wędrówki oraz zdobyć mapy. Grupa programowa odpowiadała za przygotowanie tego, co będzie się działo na naszych wieczornych ogniskach, w trakcie wędrówki i podczas wizyt w różnych ciekawych miejscach na trasie. Grupa kwatermistrzowska zajmowała się zorganizowaniem odpowiedniego we właściwościach i ilości sprzętu oraz jedzenia. Grupa logistyczna zorganizowała przejazdy, sprawdziła, jakie zasady panują w Norwegii i dowiedziała się, czego potrzebujemy z formalnego punktu widzenia. Przygotowania zaczęliśmy w styczniu, 7 miesięcy przed rozpoczęciem obozu.

Trasa: Pokonaną przez nas trasę można zobaczyć na mapie pod tym linkiem. Naszym celem było okrążenie fjordu Lyse położonego blisko portu lotniczego w Stavanger. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć dwie bardziej znane atrakcje przyrodnicze Norwegii – Kjeragbolten, kamień zawieszony nad przepaścią, oraz Preikestolen, bardzo charakterystyczną półkę skalną. Korzystaliśmy z bardzo dobrych (i niestety drogich) map firmy Nordeca, które da się dostać w Warszawie w podróżniczych księgarniach. Szukaliśmy ich dość długo i dość późno wiedzieliśmy, którędy dokładnie będziemy iść. W trakcie drogi musieliśmy oczywiście zmienić nieco plany, nie przeszliśmy też tyle, ile się spodziewaliśmy – warunki atmosferyczne i zmarnowanie fizyczne uczestników na różnych etapach podróży trudno przewidzieć – ale też nie mieliśmy poczucia, żebyśmy specjalnie leniuchowali. W sumie w ciągu 12 dni wędrówki przeszliśmy ok. 180 gotów. Od grupy przewodnickiej zależało, gdzie ostatecznie polecimy, więc zręby jej pomysłu na trasę skonstruowane zostały już w lutym.

Program: Choć odwiedzaliśmy kraj Wikingów, to stwierdziliśmy, że z norweską kulturą i obyczajami zetkniemy się siłą rzeczy i ze swej strony powinniśmy być na nią po prostu otwarci. Obrzędowym tematem naszej wędrówki była jednak napisana w 1937 przez Jamesa Hiltona powieść „Zaginiony horyzont” – którą gorąco polecamy. Polecamy również świetne Norsk Oljemuseum w Stavanger, które pokazuje, że ropa naftowa to naprawdę ciekawa sprawa.

Sprzęt i jedzenie: w Norwegii możliwe jest rozbijanie namiotów właściwie wszędzie, byle nie na dłużej niż jedną dobę. Planowaliśmy z tego skorzystać i korzystać z namiotów jak najczęściej, potrzebny był więc nam cały biwakowy ekwipunek, jakiego trzeba do takiego stylu wędrówki i gotowania jedzenia na ognisku. Udało nam się zabrać na pokład samolotu prowiant na dwa posiłki kanapkowe i jeden ciepły przez tydzień. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli kupić coś w Norwegii, choć pewnie nie będzie to tanie. Rzeczywistość zaskoczyła nas bardziej. W Polsce (i innych krajach, które odwiedzaliśmy) niemal w każdej wiosce można znaleźć jakiś mały sklepik. Natomiast na zboczach fiordu „miasteczka” zaznaczone na mapie bardzo rzadko były w ogóle zaludnione, więc i sklepów tam nie uświadczyliśmy. Kupić cokolwiek dało się tylko w schronisku, do którego dotarliśmy po tygodniu, na mizernych resztkach tego, co przywieźliśmy. Ceny były tam jednak oprócz tego, że schroniskowe, to norweskie, więc wydaliśmy tam bardzo nieprzyzwoitą sumę (na szczęście było smaczne). Na szczęście w większych miastach można znaleźć supermarkety sieci Kiwi lub Rema1000, w których ceny są często zbliżone do polskich.

Przejazdy: Bilety lotnicze kupiliśmy w maju, więc bardzo późno. Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, że grupa logistyczna znalazła akurat okazyjne loty, odpowiednio z Gdańska i do Szczecina – oba te miasta mają dość częste połączenia lotnicze ze Stavanger, z którego bardzo szybo można dostać się w okolice Lysefjordu. Poruszaliśmy się również promami oraz autobusami komunikacji miejskiej. Bilety można dostać o wiele taniej niż u kierowcy, jeśli kupi się je wcześniej w automacie (przyjmuje tylko karty). Autostop to też niezły sposób na przemieszczanie się, zwłaszcza latem, gdy turyści robią sobie samochodowe wycieczki po największych atrakcjach Norwegii i mogą z chęcią gdzieś podwieźć.

Pogoda: Większość tych dwóch tygodni padało. Na ogół nie ulewnie, ale właściwie tylko jeden dzień był słoneczny i tylko wtedy mogliśmy pooglądać gwiazdy. Wpłynęło to jednak dobrze na ambitność trasy i całkiem dobrze wpisało się w legendę surowego norweskiego klimatu.

Kontakt: phm. Maciej Stański (maciej.stanski(at)zhp.net.pl)

PASSWORD RESET

Zaloguj się