zhp.pl

Start Wędrownictwo Obozy wędrowne Obóz wędrowny na Mazury – 413. WDW “Legion XII Fulminata”

Obóz wędrowny na Mazury – 413. WDW “Legion XII Fulminata”

UDOSTĘPNIJ
, / 395
Obóz wędrowny na Mazury – 413. WDW “Legion XII Fulminata”

„Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”

Przygotowania

Nie było łatwo – w naszym szczepie nie było nigdy drużyny wędrowniczej, a co za tym idzie – nie mamy dużej tradycji obozów wędrownych, które zdarzały się czasem tylko u harcerzy starszych. Staraliśmy się jednak zrobić wszystko jak najlepiej możemy – może trochę „na czuja”, ale jakoś wyszło.

Pierwsze rozmowy i burze mózgów zaczęliśmy zimą – co chcemy osiągnąć, jakie cele zrealizować? Czy jedziemy za granicę? Wraz z pomysłami pojawiły się pytania, na które siłą rzeczy kadra musiała znaleźć odpowiedzi. Szybko zarysowała nam się podstawowa koncepcja – ponieważ naszym nadrzędnym celem na obóz była inicjatywa, chcieliśmy ją rozwinąć w każdym z nas, a nie tylko w grupce wybrańców „poczuwających się” do organizacji. Postanowiliśmy, że na pierwsze kilka dni obozu podzielimy się na mniejsze ekipy i wybierzemy w tych grupach na swego rodzaju wędrówki realizujące indywidualne cele. Każda z grup siłą rzeczy musiała nie tylko wyłonić lidera, ale podzielić się przygotowaniami. W związku z tym wszędzie pojawił się zarówno opiekun-wychowawca, jak i kwatermistrz ekipy. Ten podział przeniósł się również na przygotowania obozowe – podzieliliśmy się na ekipę finansową, sprzętową, żywieniową, noclegów, trasy, programu…

Finanse – każdy z „wyczynów” miał jedną osobę z tej ekipy. Szefem finansów był oczywiście kwatermistrz obozu, ale nie mógł być na wszystkich wędrówkach naraz – stąd po jednej osobie ogarniającej kwestię na miejscu, zbierającej faktury i kontrolującej wydatki.

Sprzęt – dwie osoby przed obozem dopilnowały, aby wystarczyło nam namiotów i podzieliły sprzęt na wędrówki. Co więcej, jedna osoba od sprzętu szefowała też ekipie żywienia – dzięki temu miał on kontrolę nad tym, aby nie zabrakło nam palników, gazu i garnków.

Wyżywienie – na obozie codziennie gotowały inne osoby, ale zawsze pod kontrolą ekipy wyżywienia, która szefowała też zakupom. Ekipa wyżywienia pilnowała też porządku po obiadach.

Trasa – ekipa usiadła wczesną wiosną nad mapami Mazur (zadecydowaliśmy, że po wyczynach spotkamy się na Mazurach i pieszo dotrzemy na obóz stacjonarny naszego szczepu w Kurkach pod Olsztynkiem) i zaplanowała odcinki trasy oraz z grubsza miejsca noclegowe. W trakcie obozu odpowiedzialni za trasę dbali o to, żeby osoba prowadząca nas konkretnego dnia (codziennie „szefował” ktoś inny – miało to również realizować nasz główny cel) wiedziała, jak idziemy, dokąd idziemy i co robimy.

Noclegi – ekipa, która miała prawdopodobnie najwięcej roboty przed obozem. Gdy ekipa trasy ustaliła już miejscowości noclegów, tamci wzięli się do dzwonienia i planowania – jedna osoba z ekipy trasy należała też do noclegów, żeby w razie potrzeb precyzować lub zmieniać plan trasy.

Program – za centralny odpowiadała drużynowa, ale każda grupa „wyczynu” przygotowywała również swój program na te pięć dni, który również był zatwierdzony w centralnym programie.

Formalności – Zadanie wiązało się ściśle z zadaniem „program”. Moim zadaniem było jednak nie tylko zatwierdzenie programu – już parę miesięcy przed obozem trzeba było zgłosić się na szkolenia w Chorągwi. Na przełomie kwietnia i maja wzięłam udział w 4 blokach warsztatów obozowych.

Obóz należy zatwierdzić miesiąc przed jego rozpoczęciem, a na zatwierdzenie złożyło się:

  • plan finansowy (przygotowany wraz z ekipą finanse)
  • zatwierdzony program
  • kwalifikacje kadry (kurs wychowawców/kierowników i zaświadczenia o niekaralności) – trzeba było dopilnować, żebyśmy zrobili odpowiednie kursy i dostarczyli dokumenty.
  • raport przedobozowy – liczebność, trasa wędrówki, PODPISY komendantki hufca i kadry obozu…
  • Sporo kompletowania papierów + zgłoszenie na stronie kuratorium. Tak naprawdę formalności zajmują już jakieś 2 miesiące przed obozem i walczy się z nimi od maja.

„Komenda” – nie była zbyt ścisła. Poza komendantką/drużynową w jej skład wchodził wychowawca/kwatermistrz (o dziwo, szeregowy!) i dwoje przybocznych. Nie mieliśmy oboźnego – założyliśmy, że codziennie tę funkcję przyjmie ktoś inny, niestety, w efekcie spoczęło to na drużynowej.

Jak wszystko rozłożyło się w czasie? – na początku kwietnia mieliśmy już pierwsze pomysły na wyczyny i każdy zgłosił się do grupy zadaniowej. Do maja ekipa odpowiadająca za trasę…spojrzała na mapę, chociaż miała zrobić więcej. Jednak na początku maja mieliśmy już zaplanowaną trasę wraz z miejscami noclegowymi i ekipa odpowiedzialna za noclegi zaczęła dzwonić i załatwiać pola namiotowe i nie tylko. Pod koniec maja wszystkie elementy organizacyjne były pod kontrolą, a na początku czerwca grupy wyczynowe miały gotowe programy, również centralny program obozowy był spisany. Pozostało dopięcie formalności, kart obozowych, wpłat…czym zajmowała się niestety tylko jedna osoba – to nie był najlepszy pomysł, warto kwestie formalności rozdzielić na kilka osób. W połowie czerwca spotkaliśmy się też na ognisko kończące rok – było też okazją, żeby na spokojnie podzielić sprzęt między wyczyny.

Obóz

No i wyruszyliśmy! 8 lipca trzy grupy wyruszyły w trzy różne strony Polski. Wędrowały przez 5 dni, sprawdzając swoją zaradność i umiejętności planowania bez nadzoru „z zewnątrz”. Od siebie mogę powiedzieć, że pod pewnymi względami był to najbardziej stresujący fragment obozu – czym innym są wędrówki na obozach stacjonarnych. Tu wszystko się może zdarzyć, a komendantka obozu jest z inną ekipą na drugim końcu Polski. Szef każdej ekipy miał bezwzględny nakaz komunikowania się codziennie, że wszystko jest w porządku, a ja nie szłam spać, dopóki nie zobaczyłam tego kontrolnego SMSa. Jednak było warto – chociaż uznaliśmy, że jest to raczej formuła jednorazowa i na kolejny obóz nie zamierzamy się rozdzielać, to była to jedyna wada. 5 dni w patrolach sprawiło, że po tygodniu obozu mieliśmy wrażenie, jakby dopiero się zaczął – przecież dopiero się wszyscy spotkaliśmy! Ale za to mieliśmy sobie mnóstwo do opowiedzenia i przekazania, nasze wyczyny sporo nas nauczyły – zgodnie z planem. Formuła ta zmusiła każdego z nas do zaangażowania w planowanie obozu – w pięcioosobowej grupie trudniej się „prześlizgnąć” bez wykonania jakiejkolwiek pracy.

Dokąd wybrały się ekipy?

Kierunek 1 – Białystok.

Ta grupa postanowiła poznać nieco natury i wybrać się do dwóch parków narodowych – Biebrzańskiego i Narwiańskiego. Spali na terenie twierdzy Osowiec, poznawali puszczę i jej faunę. Największym wyzwaniem były chyba jednak ulewne deszcze i komary.

Kierunek 2 – Gdańsk i  Hel.

Tej ekipie chyba najmocniej zmienił się program wyjazdu. W planie była służba, która niestety z przyczyn niezależnych od nas się nie odbyła. Na szczęście mieliśmy też inny cel, a raczej temat: wolność. W ramach wyczynu nie tylko wybraliśmy się na Półwysep Helski i spaliśmy na plaży (nasze wielkie marzenie!), ale również przygotowaliśmy się do poprowadzenia dyskusji o wolności i jej obliczach. W tym celu odwiedziliśmy 2 muzea – Centrum Solidarności i Muzeum II Wojny Światowej. Wnioskami, do których doszliśmy, podzieliliśmy się z resztą drużyny w trakcie zajęć wieczornych w trakcie „centralnej” części obozu.

Kierunek 3 – Wrocław, Poznań, Szczecin.

Ta ekipa była w ciągłym ruchu, a temat, który zgłębiała, to tolerancja. Cztery osoby wybrały się w podróż po centrach dialogu i klubokawiarniach związanych z akcją społeczną poświęconą tolerancji – poznawali tam ludzi działających na rzecz równości oraz ich historie, dowiadywali się, jak można zadziałać na rzecz większej świadomości w społeczeństwie itd. Również ta ekipa przygotowała ognisko z dyskusją dla drużyny.

Po 5 dniach spotkaliśmy się w Giżycku. Spędziliśmy tam bardzo potrzebne pół dnia i nocleg – na przepakowanie, pranie, zrobienie niezbędnych zakupów. Nocleg mieliśmy bardzo komfortowy – w altance u rodziny jednej z naszych harcerek, gdzie usiedliśmy na śpiewankę i tort z okazji podwójnej osiemnastki w drużynie. Następnego dnia ruszyliśmy na „obóz właściwy”, czyli jego część centralną.

Dzień 1: Giżycko – Ryn

Wyruszyliśmy z godzinnym poślizgiem około 9/10 rano. Ponieważ założyliśmy, że nie ustalamy jednego stałego oboźnego, a „szef dnia” odpowiedzialny za trasę jest również odpowiedzialny za sprawne wyjście, był to nasz problem właściwie przez cały tydzień. I tak wymagany był nadzór z góry – co więcej, okazało się, że wcale nie tak łatwo wyłonić kogoś, kto chce prowadzić całą drużynę. Gdy w końcu ta osoba się wyłoniła, okazała się na tyle nieustępliwa, że przeszliśmy tego dnia nieco więcej niż planowaliśmy – zbyt późno skorygowaliśmy trasę. Ruszyliśmy z kopyta i te 30km, chociaż było widokowe i przyjemne, nieźle nas załatwiło – tylko ekipa nadmorska zrobiła jakiekolwiek przygotowanie (niecały Półwysep Helski w 2 dni), reszta niewiele chodziła na swoich wyczynach. W efekcie parę osób miało odciski, parę zaś było mocno obolałych i zmaltretowanych psychicznie szybkim tempem. Na miejscu byliśmy dopiero około 17, a planowaliśmy tego dnia jeść ugotowany przez nas obiad, więc cały dzień mocno się przeciągnął. Byliśmy zbyt zmęczeni na porządne zajęcia wieczorne – więc chociaż warto zrobić raz na parę dni porządny wyczyn fizyczny, trochę żałujemy, że u nas był to pierwszy dzień wędrówki…

Dzień 2: Ryn – Mikołajki – Lubiewo

Tego dnia poranne opóźnienie wynosiło tylko pół godziny, a na trasie prowadził ktoś nieco bardziej skupiony, znacznie poprawiło się też oznakowanie szlaku, więc bez problemu pokonaliśmy 25 km do Mikołajek. Niestety w zmniejszonym składzie – już po pierwszym dniu odezwała się pierwsza kontuzja i 2 osoby (kontuzjowana i pełnoletnia – zaletą drużyny wędrowniczej jest posiadanie wielu pełnoletnich do nagłych akcji…) pokonały ten odcinek autobusem. Trasa była niezwykle przyjemna – krótko po wyjściu z Rynu trafiliśmy do lasu, a tam, około 7 kilometra naszej wędrówki, napotkaliśmy bazę harcerską w Rybicalu. Tak zaczął się nasz dzień spontanicznych decyzji – pierwszą z nich było zajrzenie na bazę „bo w sumie i tak gdzieś musimy usiąść na drugie śniadanie”. Przywitaliśmy się z harcerzami, usiedliśmy u nich nad jeziorem, pogadaliśmy i pół godziny później już nas nie było. Kolejne kilometry były bezproblemowe – może się już rozgrzaliśmy? W Mikołajkach nagrodziliśmy się pysznymi naleśnikami i podjęliśmy drugą spontaniczną decyzję – potrzebny nam dzień odpoczynku. W planach na następny dzień było 30 km i nocleg na dziko, uświadomiliśmy sobie jednak, że to może się źle skończyć. Zmieniliśmy koncepcję i kupiliśmy bilety na…statek! Z biletami na następny dzień przeszliśmy 5 km do naszego miejsca noclegowego pod Mikołajkami i rozstawiliśmy namioty na polu. Wieczorem zrobiliśmy obrzędowe ognisko podsumowujące nasze wędrówki. Tego nam brakowało!

Dzień 3: Lubiewo – Mikołajki – Ruciane-Nida – Szczytno

Tego dnia pobudka wyszła najsprawniej, bo już o 10 mieliśmy wyruszyć z Mikołajek statkiem do Rucianego-Nidy. O 8 wyszliśmy z pola namiotowego i o 9:30 wszyscy byliśmy gotowi do wypłynięcia. I może na początku wahaliśmy się, czy nie jest to zbytnie lenistwo z naszej strony – jednak podziwianie mazurskich jezior z tej perspektywy okazało się…niesamowite. I bardzo budujące, od razu wstąpiły w nas nowe siły. W porze obiadowej byliśmy na dworcu w Rucianem i…wzięliśmy się za gotowanie. Harcerze widocznie muszą chociaż raz na wyjeździe biwakować na jakiejś

stacji. Tam też podjęliśmy inną spontaniczną decyzję, tym razem spowodowaną czynnikiem z zewnątrz – dwie osoby z drużyny wyjeżdżały na Moot i okazało się, że będą musiały opuścić obóz dzień wcześniej i wymaga to od nas skrócenia trasy. Co zrobić, trzeba to trzeba. Na szczęście nasz kolejny nocleg w Szczytnie okazał się całkiem elastyczny – tego dnia dotarliśmy do Szczytna i już wieczorem spacerowaliśmy nad tamtejszym jeziorem. Nad jeziorem usiedliśmy też do wieczornej dyskusji o wolności – każdy z nas jeszcze poprzedniego dnia podczas wędrówki otrzymał pewnie cytaty do przemyślenia, a teraz porozmawialiśmy o nich wspólnie. Co ciekawe, działo się to pod muralem na ten sam temat – o którego istnieniu nie wiedzieliśmy wcześniej nic.

Jaki wniosek wyciągnęliśmy z tych dwóch dni? Spontaniczne decyzje nie zawsze są złe i nie zawsze są pójściem po najmniejszej linii oporu. Mieliśmy przed obozem zaplanowane kilka możliwych alternatyw i scenariuszy na różne

wypadki i wiedzieliśmy, że wszystko się może zdarzyć. I o tym zawsze warto pamiętać. A gdy coś się zdarzy – po to są te inne pomysły. Warto, żeby program był elastyczny – zamiast mieć wielkie parcie na kolejne 30 km pokonaliśmy je w inny, ciekawy sposób, nie narażając na większą kontuzję jednej kulejącej osoby (ani jej nie porzucając).

 

Dzień 4: Szczytno

Dzień prania. Mieliśmy na obozie dużo szczęścia – nasz najbardziej cywilizowany (jedyny cywilizowany?) nocleg okazał się wyposażony w pralkę, więc wstawiliśmy pranie i ruszyliśmy zwiedzać Szczytno – zamek krzyżacki, wieżę, plażę miejską…okazało się, że Szczytno jest dużo ciekawsze, niż sądziliśmy wcześniej, czytając o nim. Naprawdę polecamy!

Dzień 5: Szczytno – Jedwabno – Gdzieś dalej

Ze Szczytna wyruszyliśmy w dzicz. Nasz obóz łagodnie stawał się coraz bardziej puszczański i zaczęliśmy pokonywać kolejne leśne drogi z zamiarem znalezienia noclegu tam, gdzie padniemy – najlepiej w połowie drogi między Szczytnem i Kurkami, gdzie chcemy jeszcze spędzić 2 dni z naszym szczepem przed zakończeniem obozu. W połowie drogi wypada Jedwabno – 25 km od Szczytna. Wędrówka lasem okazała się przyjemna i niemal bezproblemowa – chyba się zahartowaliśmy. Chociaż 5 km przed celem zaczęły pojawiać się problemy u pojedynczych osób, w porze obiadu siedzieliśmy już w parku i na ławkach amfiteatru rozstawialiśmy palnik, żeby ugotować obiad. Zjedliśmy i znów w drogę. Parę kilometrów za miejscowością znaleźliśmy całkiem przyjemny kawałek lasu – dostępny od szosy (na wszelki wypadek +spodziewaliśmy się gości), osłonięty od wścibskich oczu, wprost idealny. Rozstawiliśmy namioty i przygotowaliśmy podwieszane ognisko między drzewami. Obrzędowe ognisko rozpoczęliśmy od zajęć ekipy „tolerancja” a skończyliśmy przyznaniem naramiennika wędrowniczego szefowi tego dnia (specjalnie na tę okazję przyjechała do nas komenda szczepu wraz z opiekunem naramiennika). To ognisko było wyjątkowo nastrojowe – uświadomiliśmy sobie, że udało nam się – już zaraz dotrzemy do celu wędrówki, w trzech grupach zrealizowaliśmy nasze własne plany, nikt nie zrobił tego obozu za nas. Jeszcze niecałe 30 kilometrów i możemy myśleć o kolejnych wyzwaniach.

Dzień 6: do Kurek!

Tego dnia planowaliśmy iść po swojemu. Co to znaczy? Każdy z nas zauważył, że ma inne tempo, możliwości, ograniczenia. I o ile dla paru osób 25 km dziennie to było za dużo i potrafiły być wycieńczone nawet po lżejszym dniu, o tyle parę najsilniejszych prosiło o więcej, szybciej, bardziej…przez cały czas wyrównywaliśmy to jak najbardziej się dało i solidarnie szliśmy wspólnym tempem, ale skoro to już końcówka trasy, postanowiliśmy zakończyć ją z przytupem i po wyruszeniu w 3 różnych grupach spotkać się w Kurkach. Jedna grupa postanowiła odpocząć i podjechać autostopem, druga pójść krótką trasą, a trzecia, wyczynowa, trasą nieco okrężną. Trasa okrężna wyszła nawet bardziej okrężna niż w planach, z bagnami i spotkaniem z łosiem – bo czym byłby obóz i bez takich przygód? Pokonaliśmy pozostałe 20 (a może więcej?) kilometrów i przybyliśmy na obóz stacjonarny…

Dzień 7 i 8: Kurki

Spędziliśmy dwa dni (a niektórzy więcej) na obozie stacjonarnym. Dlaczego? Mogliśmy zrobić coś z naszym szczepem (pomogliśmy m.in. przy organizacji gry nocnej, punktu wspinaczkowego na biegu na wyższy stopień i część z nas wzięła udział w święcie szczepu) i na spokojnie podsumować obóz przy ognisku. Ostatniego dnia odbyło się ognisko, na którym podsumowaliśmy również pierwszy rok działania drużyny i porozmawialiśmy o planach na rok drugi.

Co nam wyszło z tego podsumowania? Dobrze zaplanowaliśmy ten obóz, trasa była w sam raz (najwytrwalsi przeszli pieszo dobre 130 km, licząc wyczyn na Helu i 5km do noclegu pod Mikołajkami, z powrotem itd.) – za rok pewnie zróżnicujemy środki transportu – może kajaki lub jeszcze coś innego. Ten obóz „zagraliśmy” nieco asekuracyjnie – bez doświadczenia nie wiedzieliśmy, jak dokładnie rozplanować koszty i czy stać nas na szaleństwa. Nie wiedzieliśmy, jak zaplanować trasę, zorganizować noclegi. Ale spróbowaliśmy – i wyszło niczego sobie.

Dane:

12 osób – 4 chłopaków i 8 dziewczyn, 1 studentka i 11 licealistów (w tym czworo maturzystów), jakieś pół drużyny pełnoletnie.

Obóz trwał 2 tygodnie – pierwszy tydzień zajmowały wyzwania w ekipach, kolejne 6 dni wspólna wędrówka, podczas której pokonaliśmy około 100km (w różnych „konfiguracjach”, ostatni odcinek pokonywaliśmy na różne sposoby). 2 ostatnie dni spędziliśmy na obozie stacjonarnym naszego szczepu.

Obóz kosztował 900zł/os, mniej dla kadry – cały budżet wynosił 10 300 złotych. Ponieważ to był nasz pierwszy taki obóz, zakładaliśmy „z górką” na wszelki wypadek, więc zostały z tego 3 tysiące na uzupełnianie sprzętu itd. (Nie kupowaliśmy specjalnie sprzętu na obóz – mieliśmy 3 namioty drużyny i 1 prywatny, palniki itd. kupione z akcji zarobkowej).

Wydatki:

  • Wyżywienie 1700 zł
  • Transport 1725 zł
  • Noclegi 2548 zł
  • Program (w tym wyposażenie apteczki itd.) ok 300 zł
  • Pobyt na obozie stacjonarnym (wyżywienie i nie tylko) 570 zł

Sprzęt:

  • 4 namioty 3-osobowe
  • 3 palniki +butle (palnik na ekipę „wędrówkową), 3 garnki, drobny sprzęt kuchenny
  • 3 apteczki „podstawowe” (po 1 na ekipę wędrówkową)

Wnioski po obozie:

  • lepsze planowanie trasy, tj. dzień na „rozbieg”

  • warto robić dzień bardziej odpoczynkowy raz na 3-4 dni, mniej chodzenia, a więcej atrakcji czy inny rodzaj aktywności, to pomaga na morale

  • więcej niż jedna osoba powinna kontrolować formalności – np. inna osoba od kart kwalifikacyjnych i inna od programu

  • OGNISKA! – brać na obóz wędrowny saperkę itd., cały sprzęt do ognisk, bo nie zawsze są warunki, żeby bezpiecznie rozpalić ognisko gdzieś na trasie, a warto mieć taką możliwość.

  • program – system „każdy prowadzi jeden dzień” jest dobry w sensie organizacyjnym, ale sprawia problemy w kwestii prowadzenia zajęć wieczornych/ognisk, trochę się to „rozjeżdża” bez ścisłej kontroli przygotowań

  • przydaje się różnorodność – dla osób, które nie przepadają za chodzeniem, marszowy obóz wędrowny nie jest aż tak atrakcyjny, trzeba zadbać o inne sposoby przemieszczania się.

Komendantka obozu, pwd. Maria Wieczorek: (mariawie413(at)gmail.com)

PASSWORD RESET

Zaloguj się